| Spis treści |
|---|
| Z deską surfingową w Ameryce Środkowej |
| i marzenia o oceanie |
| Wszystkie strony |
W lutym tego roku złożyliśmy w pracy wymówienia i podobnie jak przed pierwszą wyprawą stwierdziliśmy: teraz lub nigdy;) Myślą przewodnią tego wyjazdu miały być plaże i surfing, czyli słońce i chillout.
Nasza przygoda z surfingiem rozpoczęła się w Brazylii, gdzie wzięliśmy pierwsze lekcje u lokalnego mistrza na wyspie Santa Catalina. Nauczyciel mówił tylko po portugalsku, my natomiast po hiszpańsku i angielsku. Z tych lekcji zapamiętaliśmy jedną i najważniejszą wskazówkę: być jak el gato (kot). Surfing nie jest łatwym sportem, trzeba spędzić wiele godzin w wodzie, aby w ogóle nauczyć się wstawać na desce. Więc ćwiczyliśmy później „el gato” w Irlandii w zimnych wodach Atlantyku ubrani w pianki, kaptury, rękawiczki i buty. Marzyły nam się jednak ciepłe wody... i surfing w klimacie podobnym do tego w kultowym filmie „Endless summer”. Poza tym stwierdziliśmy, że chcemy naprawdę nauczyć się surfingu, a wypady weekendowe to było za mało. Marzyliśmy o zamieszkaniu nad oceanem.

Wyruszyliśmy więc do Ameryki Środkowej. Na pierwsze miejsce postoju wybraliśmy Nikaraguę i plażę Maderas w południowej części Nikaragui. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Jeśli ktoś kocha plaże całkowicie dzikie, bez wielkich bloków hotelowych i trudno dostępne, to polecamy właśnie to miejsce. Miesiąc spędziliśmy na campingu Matilda, położonym 20 m od plaży i 15 minut od spotu surfingowego. Nasze dni wyglądały podobnie: rano surfing, później hamakowanie, surfing i wczesna noc. Po pobycie w Nikaragui udaliśmy się na północ w kierunku Salwadoru, Gwatemali i Meksyku. Ten ostatni kraj przypadł nam szczególnie do gustu. Nie planowaliśmy tam jechać, ale napotkani w trasie surferzy bardzo polecali nam spoty i twierdzili, że jest tam najlepsze jedzenie w całej Ameryce Centralnej. Okazało się również, że ludzie są przesympatyczni. Spędziliśmy więc tam miesiąc, między innymi na Mexican Pipeline, czyli w Puerto Escondido ‒ stolicy meksykańskiego surfingu. Tam nocowaliśmy u Polaka ‒ Marcina, którego przyciągnęła do Meksyku miłość do fal. Ze względu na nasze umiejętności nie spróbowaliśmy fal na plaży Zicatela (przed naszym przyjazdem zginął tam jeden śmiałek, gdyż fale bywają bardzo silne), ale ćwiczyliśmy na innych spotach. 
Po Meksyku udaliśmy się w drogę powrotną do Kostaryki i później Panamy. W każdym z tych krajów mamy swoje ulubione plaże i spoty. W Kostaryce była to Santa Teresa na półwyspie Nicoya, gdzie cała baza turystyczna podporządkowana jest surfingowi, a plaże zachowały swój naturalny wygląd z pięknymi palmami oraz białym piaskiem. W Panamie było to plaża Venao na Półwyspie Azuero, gdzie spaliśmy w cabani w lesie tropikalnym z ryczącymi każdego ranka małpami.


